Zdzisław Salaburski
(strona w budowie, ale zapraszamy)
Strona domowa      O swojej twórczości

Pro Domo Sua

Malarstwa jako treści życia nie wybierałem. O ile mogę zawierzyć mej pamięci, nigdy nie miałem koncepcji na swoje życie, ani jakichś autokreacyjnych marzeń typu kim będę, czego dokonam. Malarstwo nie było bowiem alternatywą. Było ostateczną determinacją. Azylem. Kokonem bezpieczeństwa. Narkotykiem skutecznie kojącym ból istnienia. I strach. Strach przed obszarem czasu, który musze sobą wypełnić, po prostu przed życiem. Zbiegło się to zapewne także z żarliwą fascynacją francuskimi postimpresjonistami, co niestety powraca bumerangiem do dziś jeszcze w wielu moich pracach.

Psychiczne nakazy konstytucyjne: impulsywna szczerość dziecięca, z której nie wyrastałem, awersja do taktyki i polityki współżycia, w sumie niedojrzałość i nieprzyswajalność do czasu i ludzi wywołała decyzję alienacji. I tak jest do dziś. Może z wyjątkiem krótkiego okresu lat 1956-58, kiedy to porwany entuzjazmem wspaniałego animatora Mariana Bogusza, włączyłem się w przyspieszone tętno „Grupy 55” „Krzywego Koła” i jej euforycznej, jak na owe czasy przystało, twórczej erupcji.

Swoje malarstwo traktowałem wyłącznie jako formę wypowiedzi własnego „Ja”, nie drogi do kariery. Wcześniej przeczuwałem, a dziś wiem na pewno, jak wysoką cenę eskalujących się kompromisów i rezygnacji płaci ten, kto założył a priori jej osiągnięcie. Moja siłą motoryczna nie jest abstrakcyjny umysł, czy nawet intelekt, lecz wyłącznie uczucie. A więc nie koncepcje, nie spekulacje, nie ambicje wreszcie, ale ciekawość życia, poprzez ciekawość przygody plastycznej. Przygody najbardziej serio, zwielokrotnionej każdym, nawet nieudanym obrazem, każdą perspektywą zwycięstwa w walce z materią, lub na nowo poniesioną klęską. Dziś jeszcze po tylu latach pracy, kiedy wpatruje się w biel zagruntowanego płótna, mogącego zapełnić się każdym moim, ledwie przeczuwanym marzeniem, doznaje podniecenia, jakiejś gorączki, a zarazem lęku. Przypomina mi to koszmarną aktorską tremę (nigdy nie powinienem był być aktorem). To wszystko musiało oczywiście implikować taką właśnie a nie inną artykulację mojego języka plastycznego. Malując właściwie jedno widzenie świata, zmieniając tylko w momencie znudzenia środki materii, które stały się z czasem zbyt  posłuszne  i grzeczne, oczekuję od „przypadku” znaku niepowtarzalnego, jedynego, któremu mógłbym podporządkować resztę kompozycji. (Im większe bogactwo środków wyrazu, tym większa ich dewaluacja).

Aby nie popaść w nudę rutyny stale zmieniam komponenty w niecierpliwym oczekiwaniu na reakcje i finalny wyraz. Jestem sprawcą ożywienia materii poprzez wzajemna na siebie reakcje. Przenikając się, oddzielając się lub pożerając, tworzą nowe wartości. Niepowtarzalne. Niestety, między tym… in statu nascendi, a zastygłym końcowym efektem jest kolosalna różnica. Podobna zresztą do amplitudy uczuciowej – żarliwej pasji, z jaka maluje z jednej strony, z drugiej zaś z obojętnością na dalsze losy skończonych już obrazów. Skończonych – znaczy – przeze mnie ostatecznie zaakceptowanych. Te dorosłe dzieci zupełnie mnie nie interesują. Nie mam do nich żadnego stosunku. Może dlatego tak dużo pracuję? Efektem jest brak jakiejkolwiek dokumentacji z moich, przecież różnych okresów, których obrazów już nie posiadam.

Obecna wystawa w mieście mego urodzenia winna być retrospektywna, a przez moją wieloletnia nonszalancję będzie, niestety, tylko fragmentaryczną. Ale już nic na to nie poradzę. Przepraszam.